dzień 10: Chiusaforte – Calalzo di Cadore

4–7 minut

Przebudzenie w takim miejscu jak Chiusaforte ma w sobie coś magicznego. Ja spałem tradycyjnie w namiocie, Wojtek zdecydował się na hamak. Noc była dość wietrzna, ale odpowiedni sprzęt zrobił swoje i nie zmarzliśmy ani trochę. Wygrzebaliśmy się ze śpiworów około 8:00 – głównie dlatego, że pod drzwiami stacyj ej kawiarni ustawiała się już kolejka lokalnych mieszkańców spragnionych swojego porannego, włoskiego espresso. Spakowaliśmy obozowisko i dołączyliśmy do nich, zamawiając śniadanie: tosty z szynką parmeńską i serem, a na dokładkę croissanty wypełnione po brzeg Nutellą.

Gdy jedliśmy, podjechała para sakwiarzy z Polski. Zamieniliśmy kilka słów i okazało się, że jadą z Padwy w górę szlaku Alpe Adria, by wspinać się dalej na Salzburg, a do Włoch dotarli Flixbusem. Po krótkiej wymianie podróżniczych doświadczeń każdy ruszył w swoją stronę.

Przed nami było jeszcze kilkanaście kilometrów zjazdu kultową trasą Alpe Adria. Jak zwykle jechało się wyśmienicie, choć widokowo nie był to aż tak spektakularny odcinek jak ten z dnia poprzedniego. W miejscowości Amaro zjechaliśmy z Alpe Adria w prawo, kierując wzrok i przednie koła w stronę Dolomitów. Szybka wizyta w lokalnym sklepie po zapasy picia i ruszyliśmy w kierunku Tolmezzo.

Trasa początkowo lekko opadała, ale tuż przed samym miastem nawierzchnia zaczęła wyraźnie piąć się w górę. Na rynek w Tolmezzo wjechaliśmy już mocno rozgrzani. Znaleźliśmy upragniony cień pod kościelną wieżą i rozłożyliśmy się na zimnych, kamiennych ławkach. Równo o 12:00 dzwony obwieściły południe i rozpoczęcie prawdziwego podjazdu.

Przed nami było około 45-50 kilometrów ciągłej wspinaczki. Włosi na szczęście dbają o rowerzystów na stromiznach – na trudniejszych odcinkach co jakiś czas mijaliśmy fontanny z lodowatą wodą. Przy jednej z nich stała wielka, kamienna wanna. Nie zastanawiając się ani chwili, zanurzyliśmy w niej głowy i plecy, żeby zbić temperaturę organizmu. Wypełniliśmy bidony do pełna i pognaliśmy dalej.

W międzyczasie rozpoczęła się włoska siesta. Miasteczka wymarły, a sklepy i kawiarnie pozamykały swoje podwoje. Na szczęście w Ovaro trafiliśmy na otwartą, bardzo sympatyczną kawiarnię. Zamówiliśmy zimną kawę, przy czym musiałem dokładnie wytłumaczyć baristce moją recepturę: mnóstwo kostek lodu, zimne mleko i to dopiero zalane podwójnym espresso.

Zaraz za rogatkami miasteczka Comeglians wjechaliśmy w krótki, około 10-metrowy tunel. Za nim krajobraz zmienił się diametralnie, jakby ktoś przełączył planszę w grze. Włoska zabudowa ustąpiła miejsca głębokiemu, soczyście zielonemu wąwozowi, na ścianach którego wiła się nasza szosa. Nachylenie falowało – momentami było bardzo stromo, czasem trafiał się krótki zjazd, ale ogólny bilans stale rósł. Mijaliśmy klimatyczne wioski, takie jak Rigolato czy Forni Avoltri, zachwycając się ich starą, kamienną architekturą.

Właśnie za Forni Avoltri zaczął się ścianka dzisiejszego dnia. Nachylenie sięgało momentami od 15% do nawet 19%. Chcąc uciec od ruchu, zjeżdżaliśmy czasem w wąskie uliczki miejskie, które były jeszcze bardziej pionowe, by po chwili znów wracać na główną szosę. Choć łydki płonęły, a my pnęliśmy się w górę, na horyzoncie pojawiły się strzeliste, skaliste szczyty Dolomitów. Ten widok dodawał skrzydeł – zmęczenie gdzieś odpływało, a my po prostu jechaliśmy przed siebie z głowami obracającymi się o 360 stopni i ciągle wyciąganymi aparatami.

Finałowy, 18-procentowy podjazd wyprowadził nas w końcu na przełęcz na wysokość 1290 m n.p.m. do miejscowości Sappada. Była 16:00 – sam środek siesty – więc próby znalezienia czegokolwiek do jedzenia spełzły na niczym. Przykościelna fontanna ratunkowa poszła w ruch, zatankowaliśmy bidony i podjęliśmy decyzję o szybkim zjeździe w dół z nadzieją, że niżej trafimy na otwarte restauracje.

W jednej z niżej położonych miejscowości trafiliśmy na otwartą pasticcerię. Przerwa na słodkie była absolutną koniecznością. Zamówiliśmy genialny sernik ze śliwkami oraz coś, z czym żaden z nas wcześniej się nie spotkał: cappuccino podawane w filiżance grubo wysmarowanej od środka Nutellą. Strzał czystej energii natychmiast postawił nas na nogi.

Zjazd był fenomenalny, szybki, z widokiem na wyrastające przed nami potężne ściany Dolomitów. Jednak przy bardzo dużej prędkości dopadła nas niespodzianka. Nagle przed wlotem do tunelu zobaczyliśmy znak zakazu wjazdu dla rowerów. Dookoła pionowe zbocza, zerowe możliwości objazdu, a nawigacja nie przewidziała takiego scenariusza. Nie mając alternatywy, zjechaliśmy na dolny chwyt i wjechaliśmy do środka z pełną parą – myślę, że lechcieliśmy grubo ponad 35 km/h.

Tunel okazał się koszmarem: miał około 4 kilometrów długości, był lodowato zimny, z sufitu kapała woda, a wściekli kierowcy raz po raz uderzali w klaksony, generując ogłuszający hałas w zamkniętej przestrzeni. Wyjechaliśmy na zewnątrz na pełnym gazie. Ja z emocji i stresu miałem rozdygotane całe ciało i potrzebowałem dłuższej chwili, by uspokoić oddech i tętno.

Za tunelem na rondzie odbiliśmy w lewo w stronę Lago di Cadore, wkraczając w ciąg miejscowości z końcówką „di Cadore”. Zmierzaliśmy do Calalzo di Cadore, gdzie planowaliśmy dziki nocleg nad jeziorem. Kilka kilometrów przed celem wybiła 18:00 – idealnie, bo właśnie otwierała się lokalna pizzeria. Napełniliśmy żołądki, w pobliskim Lidlu zrobiliśmy zakupy na wieczór i ruszyliśmy szukać obozowiska.

Pierwotnie miałem w głowie teren nieczynnego kempingu za mostem, ale poziom wody w głównym zbiorniku był bardzo niski i zejście do jeziora by doprowadzić sie do ludzkiego stanu po całym dniu graniczyłoby z cudem. Na mapie wypatrzyłem jednak małe, urokliwe jeziorko tuż obok. Zjechaliśmy stromym, szutrowym odcinkiem i po kilkuset metrach trafiliśmy na polanę idealną: z szumem strumienia, osłoniętą i z idealnym miejscem pod namiot.

Miejsce okazało się unikalne – wybijają tu zimne źródła lodowcowe z zawartością siarki, przez co dno strumienia ma charakterystyczny, rudawy odcień. Czekamy na zmierzch, aż pojedynczy spacerowicze wrócą do domów, żeby rozbić namiot. Mam tylko lekkie obawy czy po dzisiejszym maratonie w lodowatym tunelu kąpiel w tak zimnej wodzie nie skończy się przeziębieniem, ale ten szum wody z pewnością zagwarantuje mocny twardy sen.

Gdy tylko rozłożyliśmy namioty i obozowisko pod osłoną zmierzchu, niedaleko nas rozpętała się potężna burza. Z niepokojem rozglądamy się dookoła, obserwując niebo – pioruny walą w okolicy naprawę mocno, rozświetlając ciemniejące ściany Dolomitów.

U nas na szczęście na razie nie spadła ani jedna kropla i deszcz ciągle nas omija. Z uwagą śledzimy aplikacje z radarami pogodowymi oraz najnowsze prognozy i wygląda na to, że ten armagedon przejdzie dosłownie o kilka kilometrów bokiem. Mamy ogromną nadzieję, że prognozy się sprawdzą i spędzimy tę noc w suchych śpiworach

To był genialny dzień. Rozmawialiśmy z Wojtkiem, co podobało nam się bardziej – wczorajsza infrastruktura Alpe Adria czy dzisiejszy, majestatyczny przelot przez Dolomity. Nie da się tego łatwo porównać. Widokowo Dolomity ze swoimi skalistymi ścianami wygrywają bezapelacyjnie, ale Alpe Adria to wzór pod kątem ścieżek, tuneli i dawnych mostów kolejowych.

​Jutro czas na drugą część Dolomitów – na naszej trasie pojawi się m.in. Cortina d’Ampezzo.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej