Po powrocie z ostatniej wyprawy Adriatico – kiedy w nogach miałem setki kilometrów po Chorwacji, Słowenii i Włoszech – myślałem, że szybko na rower nie wsiądę. Byłem fizycznie wykończony. Przez pierwszy tydzień po powrocie do Polski poważnie zastanawiałem się nad odwołaniem kolejnego urlopu. Zmęczenie jednak minęło, a gdy po paru dniach ponownie usiadłem do planowania trasy i dopinania szczegółów, znów poczułem ten znajomy zew. Chęć do jazdy wróciła. W dwa dni spakowałem sprzęt, mając gotowy plan na kolejną przygodę.

Zestaw wyprawowy był bardzo podobny do tego z Adriatico. Wprowadziłem tylko dwie modyfikacje: do torby trafiła kamizelka na wypadek chłodniejszych nocy na przełomie września i października, a kamerę 360 zastąpiłem dronem. Stwierdziłem, że dynamiczne zjazdy ustąpią tym razem miejsca malowniczym, toskańskim wzgórzom, a te z lotu ptaka wyglądają po prostu spektakularnie.
W sobotę o 14:00, z pomocą współlokatora, zanieśliśmy spakowany w karton rower wraz z całym dobytkiem na stację Warszawa Śródmieście. Stamtąd pociągiem ruszyłem prosto na lotnisko. Przed 15:00 byłem już na miejscu – brak kolejek do odprawy sprawił, że w 20 minut pozbyłem się gabarytu i zostałem z zapasem czasu. Kontrola bezpieczeństwa poszła gładko, więc osiadłem w McDonaldzie z mrożoną kawą, czekając na swój lot o 18:20.
Samolot był wypełniony po brzegi, głównie przez zorganizowane grupy i paczki znajomych. Choć planowałem się zdrzemnąć, wygrał widok za oknem. Trafiłem na genialny zachód słońca. Najpierw od zachodniej strony wyłoniły się Tatry, potem przelecieliśmy nad całą długością jeziora Balaton. Kiedy weszliśmy nad Słowenię, w blasku zbliżającej się pełni księżyca ku mojemu zaskoczeniu wyraźnie było widać Rijekę (gdzie przecież byłem rowerem niecały miesiąc temu!) oraz Triest z całym półwyspem.
Gdy zbliżaliśmy się do celu, samolot wykręcił głęboko nad morze w stronę górzystej Korsyki. Schodziliśmy do lądowania na bardzo niskim pułapie nad taflą wody – nie powiem, miałem lekkie obawy, bo rzadko zdarza mi się lądować w takich warunkach. Na szczęście wszystko poszło gładko i koło 20:10 zameldowałem się na ziemi.

Sam lot nie obył się jednak bez specyficznej atmosfery. Koleś siedzący za mną mocno przesadził z alkoholem i cały rejs krążył po pokładzie z nowo poznanymi kumplami, próbując podrywać dziewczyny. Wszystko na oczach swojej żony, która siedziała tuż za mną – wyraźnie zasmucona, zdenerwowana i podłamana całą sytuacją. Przy podchodzeniu do lądowania typ wrócił, próbując „naprawić” sytuację i pytając ją plączącym się językiem, czy ją zdradził i o co w ogóle ma problem. Przykry widok na sam początek czyjegoś urlopu.
Po wylądowaniu sprawnie udałem się przed terminal. Skręcanie roweru poszło mi zaskakująco gładko i przed 21:00 byłem gotowy do drogi. Nocleg na pierwszą noc miałem nagrany przez serwis Warmshowers u Alessandro. Mój host na co dzień pracuje w restauracji w samym centrum Pizy. Alessandro zaoferował, że mogę podjechać do jego knajpy z kartonem rowerowym, a on przechowa mi go na czas całej wyprawy. Jako że pętlę planuję zamknąć w tym samym miejscu, to ogromne ułatwienie – odpadł mi problem szukania i żebrania o pudło po sklepach rowerowych przed lotem powrotnym.
Pojawiło się jednak pytanie: jak przewieźć wielki karton po rowerze przez centrum miasta?
Inspirując się pomysłem Natalii Nykiel z jej Instagrama, kupiłem mocne, fluorescencyjne taśmy z klamrami o długości 3 metrów. Plan był prosty: opasać karton i zarzucić go na plecy jak plecak. Wszystko przemyślane, z tyłu kartonu przykleiłem nawet odblaskowe lampki, bo wiedziałem, że będę jechał po zmroku. Reality check nastąpił jednak sekundy po ruszeniu. Karton był na tyle wysoki, że haczył o siodełko i tylną torbę podsiodłową. Żeby w ogóle jechać, musiałem być mocno pochylony, niczym w dolnym chwycie baranka. Do tego pudło wystawało po 60 cm z każdej strony.

Po przejechaniu półtora kilometra stwierdziłem, że ryzyko jest zbyt duże. Zsiadłem i resztę drogi pokonałem, prowadząc rower i idąc lekko bokiem z wielką paką na plecach. Jako że była sobota wieczór, centrum Pizy tętniło życiem – ogródki były pełne ludzi, którzy patrzyli na mnie jak na kosmitę. Ale cel uświęca środki!
Do baru Alessandro dotarłem bez większych przeszkód. Miejsce okazało się kameralnym lokalem z hokerami przy ladzie, serwującym tradycyjne toskańskie jedzenie. Gospodarz przywitał mnie gorąco, dał schować rower i karton do kanciapy i poczęstował lokalną zupą toskańską. Zawsze myślałem o zupie w kategoriach płynnych, tymczasem dostałem gęstą potrawkę ze zgotowanych warzyw i chleba nasączonego wywarem. Może nie wygląda, ale weszła idealnie.
Po zamknięciu lokalu Alessandro wsiadł na swojego górala i ruszyliśmy 2 kilometry do jego mieszkania. Zwróciłem wtedy uwagę na jedną rzeczywiście ciekawą kwestię – Alessandro okazał się stuprocentowym abstynentem od kawy i alkoholu, za to ma zupełnie inną przypadłość: namiętnie jara zioło. Wyraźny zapach maryśki ciągnął się za nim przez całą drogę, gdy jechaliśmy z restauracji do jego domu, co było dla mnie dosyć zaskakujące. Po drodze wstąpiliśmy do baru wyłącznie po jedno duże Birra Moretti dla mnie, bo w mieszkaniu oprócz herbaty nie miał niczego do picia.
O 0:30, po prysznicu i szybkim serwisie (dokręciłem resztę koszyków na bidony), rozłożyłem matę i poszedłem spać. Co prawda w nocy znów drętwiały mi dłonie, ale regeneracja była pełna.
Mimo tych różnic Alessandro okazuje się świetnym gościem – sam śmiga na gravelu Focusa (cały w karbonie) i ma na koncie niezłe wyprawy bikepackingowe, m.in. z Pizy do Danii czy przez Hiszpanię i Francję, a w planach Nordkapp. Zgadaliśmy się tak dobrze, że postanowił dołączyć do mnie na początkowym odcinku niedzielnej trasy. Ma wolne, więc przejedzie ze mną pierwsze kilkadziesiąt kilometrów z 116, które mam zaplanowane na jutro, po czym zawróci do Pizy.
Jutro wreszcie ruszamy w toskańskie tereny!

















































Skomentuj