dzień 18: Limone sul Garda – Lecco

4–7 minut

Pobudka o 7:30. Choć wieczorny deszcz straszył jeszcze przed pójściem spać, poranek powitał mnie suchym obozowiskiem. Zwijanie namiotu i pakowanie całego majątku poszło sprawnie, gdy nie trzeba wycierać mokrej tropiku. Tego dnia żegnałem się już z kempingiem nad Gardą.
Nim ruszyłem na trasę, zszedłem do kempingowego sklepu i restauracji.

Chwyciłem pachnące croissanty, jogurt, zamówiłem cappuccino w barze i przeszedłem na pomost. Śniadanie z widokiem na spokojne, poranne tafle jeziora Garda to najlepszy możliwy start dnia.


Koło 9:30 siedziałem już na rowerze. Znałem ten odcinek doskonale z wyprawy sprzed trzech lat. Pierwsza część trasa prowadziła słynnymi tunelami wykutymi wzdłuż brzegu — w tym tym najdłuższym, liczącym blisko 4 kilometry.

Potem szosa zaczęła delikatnie pnąć się w górę, aż doprowadziła mnie do Gargnano.
Zjechałem z głównej drogi na samo nadbrzeże. Odwiedziłem lokalny sklepik po drobne zakupy i przysiadłem na chwilę w urokliwym przejściu prowadzącym wprost do wody.

Miejsce od razu skojarzyło mi się z ikonicznym punktem z Instagrama nad jeziorem Como, gdzie ludzie godzinami stoją w kolejce, by zrobić sobie zdjęcie w bramie z widokiem na akwen. Tutaj miałem ten luksus, że byłem zupełnie sam.


Odpocząwszy, ruszyłem dalej w kierunku Salò. Tam dopadł mnie pierwszy odczuwalny spadek energii. Żeby nieco podładować baterie, zatrzymałem się w przydrożnym hotelu na zakręcie na kolejną kawę. Przede mną był jeszcze drobny podjazd — przecięcie wzgórza w kierunku Brescii.


W Brescii planowałem podjechać na dworzec i wsiąść w pociąg do Bergamo, by odciąć z dzisiejszego dystansu jakieś 60 kilometrów. Pierwotny plan zakładał bowiem aż 160 kilometrów w siodle. Na kilka kilometrów przed miastem, mając już pewność co do godziny przyjazdu, kupiłem w aplikacji bilet na pociąg regionalny Trenord o 13:57.
W okolicach dworca zacząłem szukać otwartego sklepu, bo piekielnie zachciało mi się czegoś słodkiego do picia — w głowie miałem tylko zimną Aranciatę z San Pellegrino. Wchodzenie do centrum w trakcie sjesty nie było najlepszym pomysłem i o cokolwiek otwartego było trudno. W końcu wypatrzyłem niewielki sklepik prowadzony przez Azjatów, skąd wyszedłem z dwiema puszkami upragnionej lemoniady.
Zimny napój w dłoni i prosta droga na peron — plan wydawał się idealny. Niestety na dworcu czekała na mnie niespodzianka. Strajk. Wszystkie pociągi odwołane do godziny 19:00.


Mogłem czekać ponad sześć godzin na dworcu i próbować łapać coś wieczorem (a potem kręcić jeszcze 15 kilometrów z Bergamo do celu), albo odpuścić pociąg i pokonać cały ten odcinek o własnych siłach. Szybka kalkulacja i decyzja: jadę rowerem. Będzie szybciej.
Trasa z Brescii do Bergamo okazała się potwornie nudna. Ciągły ruch samochodowy, hałas, nijakie mieściny i brak jakichkolwiek widoków. Żeby nie zwariować i oderwać myśli od jednostajnego kręcenia, założyłem słuchawki i puściłem energetyczną muzykę.
Po drodze zrobiłem dwa szybkie postoje. Po około 20 kilometrach zatrzymałem się w przydrożnym barze na piadinę i piwo zero, a tuż przed samym Bergamo odwiedziłem Aldi, żeby uzupełnić zapas słodkich płynów.


Do Bergamo dotarłem o 17:00 — całe trzy godziny przed czasem, w którym w ogóle ruszyłby mój potencjalny pociąg. Niestety czas gonił na tyle, że nie wyjechałem nawet na Stare Miasto (Città Alta), czego bardzo żałuję. Byłem jednak umówiony u moich hostów z sieci Warmshowers w miejscowości Lecco.


I tu zaczyna się mała komedia omyłek. Nocleg u Alexa i Mike’a zarezerwowałem kilka dni wcześniej. Cały czas pisząc z „Alexem” i patrząc na zdjęcia na profilu, byłem przekonany, że jadę do pary gejów. Na zdjęciach w kolarskich strojach obaj wyglądali na facetów — Alex miał wyjątkowo potężne, umięśnione nogi, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, z kim mam do czynienia. Gdy w opisie pojawiała się wzmianka o „chłopaku”, układanka wydawała się pełna.
Do Lecco dojechałem kwadrans przed 19:00. Na 5 kilometrów przed celem dostałem wiadomość od Alexa, że idzie pobiegać i wróci do mieszkania koło 19:45, ale w domu jest Mike, więc mogę pukać wcześniej.


Marzyłem tylko o tym, żeby po 150 kilometrach w upale wpaść do chłodnej wody. Zjechałem nad brzeg jeziora Lecco w poszukiwaniu jakiejkolwiek plaży czy zejścia do wody. Niestety, cały brzeg okazał się zabetonowany i nie znalazłem ani jednego miejsca, by bezpiecznie wskoczyć do jeziora.
O 19:30 meldowałem się pod podanym adresem. Wiedząc, że Mike pracuje z domu, postanowiłem nie zawracać mu głowy i zaczekać przed budynkiem na Alexa. Gdy do 20:00 nikt się nie pojawił, zadzwoniłem w końcu domofonem. Mike otworzył drzwi, pokazał mi miejsce na rower w garażu i zaprosił do góry.
Gdy ucięliśmy sobie krótką pogawędkę przed moim pójściem pod prysznic, Mike zaczął mówić o Alexie używając zaimka „she”. Zgłupiałem. Korzystając z wolnej chwili, wszedłem jeszcze raz na profil Warmshowers, przyjrzałem się uważniej zdjęciom i… nagle wszystko stało się jasne. Alex to kobieta! Pomyłka wyniknęła wyłącznie z moich błędnych założeń i tych (nie)szczęsnych kolarskich ud. Cała ta sytuacja była niezwykle zabawna — uśmiałem się w duchu z własnego gapiostwa. Na szczęście ani Alex, ani Matt zupełnie nie zorientowali się w mojej pomyłce. Choć kto wie, być może przeczytają o tym tutaj na blogu, jeśli postanowią sprawdzić, jak potoczyły się dalsze losy mojej wyprawy!


Chwilę po myciu, Alex wróciła z biegania. Okazało się, że jest nie tylko kobietą, ale i bardzo sympatyczną dziewczyną, a jej mocne nogi to efekt pracy — na co dzień pracuje jako przewodnik rowerowy.
Mike wrócił do pracy przy komputerze, a my z Alex usiedliśmy do rozmowy. Z racji zmęczenia całym dniem myślenie po angielsku przychodziło mi z trudem, ale nadrabialiśmy historiami z tras. Opowiadałem o moich wyprawach, w tym o zeszłorocznym wyjeździe z Wojtkiem na Transfogaraską. Pokazywałem jej nagrania ze spotkań z niedźwiedziami — była w głębokim szoku. Zdradziłem jej też parę moich ulubionych szlaków w Dolomitach, które od razu pozaznaczała sobie na mapie.
Około 22:00 padliśmy ze zmęczenia. Kładąc się spać, nie miałem pojęcia, co przyniesie jutro. Pierwotny plan zakładał objazd jeziora Como dookoła, ale prognozy na cały kolejny dzień zapowiadały ulewny deszcz.
Alex zaproponowała, że może podwieźć mnie rano vanem w stronę Bellagio, dokąd jedzie do pracy. Wspomniała o miejscu, o którym wcześniej nie słyszałem — kolarskiej Mekce, czyli Madonna del Ghisallo. To wzgórze nad Bellagio ze słynnym kościółkiem patronki kolarzy oraz muzeum kolarstwa.
Propozycja brzmiała kusząco, zwłaszcza w kontekście ulewy. Mój ostateczny cel na pojutrze to moja ukochana Crema, więc jutro tak czy owak wolałbym wylądować gdzieś w okolicach miasta Como. Z takimi myślami i bez sztywnego planu zamknąłem oczy. Co przyniesie jutro — okaże się rano.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej