dzień 10: Marina di Castagneto Carducci – Pisa

5–8 minut

To był najnudniejszy dzień z całej wyprawy, choć szczerze mówiąc, spodziewałem się tego. W końcu wracałem do Pizy płaskim jak stół nadbrzeżem bez perspektywy na żadne średniowieczne miasteczka po drodze. Noc spędziłem bardzo wygodnie w łóżku, choć przykryty własnym śpiworem – obsługa zaproponowała mi wczoraj pościel za jedyne 18 euro, więc podziękowałem za ten luksus. Wstałem wypoczęty i około 8:30 podjechałem do tego samego baru, w którym dzień wcześniej w niepewności czekałem na decyzję Bookingu w sprawie rezerwacji. Zamówiłem solidną porcję słodkości i obowiązkowe cappuccino, po czym chwilę po dziesiątej ruszyłem w trasę.


Początkowo jechałem gładkim asfaltem wzdłuż torów kolejowych, ale po chwili szlak znów przybliżył mnie do szumu fal. Wjechałem w sosnowy las – Pineta del Tombolo di Cecina.

Szutrowa, leśna ścieżka wymagała wolniejszego tempa, ale widoki były niezwykle uspokajające. Chociaż poranek był chłodny, a gęsty cień koron drzew nie wygrzewał powietrza, jechało się wybornie. Żeby nieco dogrzać organizm, mocniej dokręciłem na pedałach i po godzinie zameldowałem się w Cecinie. Tam zjechałem na chwilę bezpośrednio na promendę, złożyłem wizytę plaży, zrobiłem parę zdjęć i ruszyłem w dalszą drogę leśnym duktem.


Kolejnym przystankiem na trasie miało być Rosignano Solvay. Niestety przegapiłem zjazd na słynne Białe Plaże (Spiagge Bianche). Choć na zdjęciach wyglądają jak rodem z Karaibów, kryje się za nimi czysta chemia. Podnoszący się z piasku niemal oślepiający biały pył to efekt ponad stuletniej działalności zlokalizowanych tuż obok zakłady chemicznych koncernu Solvay. Od 1912 roku fabryka odprowadzała do morza węglan wapnia oraz węgiel drzewny, w efekcie sztucznie ubarwiając wybrzeże. Wygląda to surrealistycznie, choć z ekologicznego punktu widzenia to dość kontrowersyjny raj.


Przegapiwszy zjazd na plażę, zajechałem w okolice portu na szybkie tonic espresso. Zafundowałem przy tym małą atrakcję barmance, która z wyraźnym rozbawieniem pokazywała swoim koleżankom przy stoliku, jakie to specyfiki przyrządzam sobie na jej oczach przy barze.
Chwilę później czekał mnie jedyny konkretny podjazd tego dnia – wspinaczka z poziomu morza na oszałamiające 60 metrów n.p.m.

Wjeżdżałem w okolicach malowniczo zawieszonego na skałach zamku Castello del Boccale, wybudowanego jeszcze za czasów Republiki Pizańskiej jako wieża obserwacyjna chroniąca brzeg przed piratami. Szczerze mówiąc, po tym wszystkim, co widziałem w ostatnich dniach, ta budowla nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Po małym podjeździe czekał mnie zjazd ruchliwą szosą w stronę Livorno.


W samym Livorno zatrzymałem się na dłuższy lunch. Zanim jednak usiadłem do jedzenia, podjechałem zrobić zdjęcie przy chyba najbardziej znanym i specyficznym zabytku miasta – Pomniku Czterech Maurów (I Quattro Mori). Rzeźba przedstawia wielkiego księcia Toskanii, Ferdynanda I Medyceusza, u stóp którego zakuci w łańcuchy klęczą trzej piraci berberyjscy i jeden osmański.

Pomnik powstał na przełomie XVI i XVII wieku, by upamiętnić zwycięstwa zakonu rycerskiego św. Stefana nad piratami nękającymi toskańskie wybrzeże. Choć dzieło charakteryzuje się niesamowitym realizmem anatomicznym (modelem dla pętanych postaci byli autentyczni galernicy), z dzisiejszej perspektywy budzi spore kontrowersje i przypomina o brutalnej historii handlu ludźmi na Morzu Śródziemnym.


Po sesji pod pomnikiem usiadłem w pobliskiej restauracji na talerz pysznego tortellini alla ragù i zimne piwo. Posilony, zrobiłem jeszcze małą honorową rundkę przez centrum Livorno i obrałem kierunek na Marina di Pisa.


Trasa prowadziła przez nadmorskie kurorty. Krajobraz był jednak nieco melancholijny – sezon dobiegł końca, hotele i kempingi były zabite deskami, a ulica świeciły pustkami. Widok tego, jak jesień powoli zabiera tętniące tu jeszcze niedawno życie, wywoływał lekko nostalgiczny nastrój.

Gdy do Pizy zostało mi około 12 kilometrów, skręciłem ostro w prawo. Wjechałem na fantastyczną ścieżkę rowerową (Ciclopista del Trammino), poprowadzoną idealnie śladem dawnej linii kolejowej.

Została ona wybudowana w latach 20. XX wieku dla elektrycznych tramwajów i pociągów wożących mieszkańców Pizy nad morze. Działała do lat 60., po czym uległa zapomnieniu, by ostatecznie zyskać drugie życie jako idealnie płaska, bezpieczna i widowiskowa trasa rowerowa prowadząca prosto do serca miasta.


Do samej Pizy wjechałem wprost pod symboliczny punkt docelowy – pod Krzywą Wieżę. To właśnie tam zamknąłem moją wielką pętlę. Poprosiłem kogoś z przechodniów o pamiątkową fotkę i tak oto historia zatoczyła koło. Zarezerwowałem nocleg na dwie noce przez Airbnb na Starym Mieście i tu poczekam na czwartkowy lot do Warszawy.

Ale to jeszcze nie koniec jazdy! Jutro zamierzam zrobić na „BIS” spektakularny finisz. Mam już kupione bilety na pociąg do miejsca startu. Będzie mocno, bardzo dużo przewyższeń i kosmiczne widoki – trzymajcie kciuki, żeby deszcz, który zapowiadają na popołudnie, przyszedł jak najpóźniej!


Podsumowanie i garść refleksji: Czy warto było przejechać Toskanię na szutrze?
Gdy dojechałem pod Krzywą Wieżę i zamknąłem całą trasę, nie ukrywam – w oczach pojawiły się łzy. Wszystko z powodu ilości piękna, które po drodze spotkałem i które na zawsze zostanie w mojej pamięci.
Sama trasa Tuscany Trail jest po prostu rewelacyjna i spektakularna. Zdecydowanie najbardziej urokliwa okazuje się w swojej zachodniej i południowej części – w okolicach Sieny, na kultowych szutrach Strade Bianche, wokół Montepulciano czy na pofałdowanych wzgórzach, gdzie kręcono „Gladiatora”.

Ponadprogramowe odskocznie do Pitigliano czy nierrealnego Civita di Bagnoregio wywarły na mnie gigantyczne wrażenie. To są miasteczka, w których człowiek zakochuje się od pierwszego wejrzenia i w których po prostu chce się spędzić parę dni, by bez pośpiechu poczuć ich klimat.
Jeśli mam czegoś żałować, to tylko tego, że pokonując kolejne kilometry, miałem zbyt mało czasu na próbowanie lokalnych win. Zdarzały się pojedyncze lampki Chianti czy domowego wina na noclegach (w pamięć zapadło mi zwłaszcza genialne wino w agroturystyce Podere il Casale), ale rowerowy rygor nie wybacza zbyt dużych odstępstw. Za to tutejsza kuchnia – prostotą i smakiem makaronów czy pizzy – wynagradzała każdy trud.


To była moja pierwsza tak duża wyprawa nastawiona w tak ogromnym stopniu na jazdy po szutrach. Nie ukrywam, że dały mi one solidnie w kość i były momenty wymuszonego znoju, ale chciałem się sprawdzić w takim terenie i czuję, że dałem radę. Tylko raz musiałem pchać rower pod górę, ale wynikło to z awarii przerzutki, a nie braku sił w nogach – a podjazdy nachyleniem dochodziły momentami do brutalnych 24–25%!
Bardzo doceniam też niesamowitą dobroć ludzi, których spotkałem. Od gościnności hosta z Warmshowers w Pizie, po przypadkowych podróżnych i mieszkańców na trasie, którzy chętnie dzielili się swoimi historiami, wskazywali najładniejsze skróty i służyli pomocą.


Toskania jest przepiękna. To jeden z najcudowniejszych regionów, jakie widziałem w życiu i mam poczucie, że w te 10 dni przetestowałem go na maksa. Rower daje niezwykłą wolność – poruszasz się w idealnym tempie, by chłonąć krajobraz całymi zmysłami, a nie tylko przeskakując samochodem z punktu A do punktu B. Ceną za to jest czas: goniący dystans i zapadający mrok często uniemożliwiają dłuższe pogubienie się w zaułkach czy zwiedzanie muzeów.


Uważam też, że przełom września i października to idealny moment na taką wyprawę. Pogoda była dla mnie niesamowicie łaskawa, uniknąłem morderczych, letnich upałów. Jedynym minusem tej pory roku jest fakt, że większość kempingów po sezonie była już pozamykana. Trzeba było nieco „oszukać system” i przenieść się na nocowanie na dziko na terenie opustoszałych obiektów – co miało swój niepowtarzalny klimat.
Sama matematyka wyprawy prezentuje się następująco:
Dystans: 925 km
Czas w siodle: 47 godzin i 57 minut
Suma przewyższeń: 13 446 m


Jak na taką pętlę – przewyższenia wyszły konkretne. Głównie były to zdradliwe, krótkie, ale bardzo strome pagórki, które z każdym dniem mocno wchodziły w nogi. Po dziesięciu dniach jestem fizycznie zmęczony, obdarty z sił i mocno zakurzony białym pyłem ze strade bianche, ale… nie mam ani trochę dość! Wracam z poczuciem, że po powrocie do Warszawy nadal będę chciał kręcić kolejne kilometry.
A tymczasem… trzymajcie kciuki za jutrzejszy „BIS” i prognozę pogody. Jeśli dobrze pójdzie, dorzucę do tego bilansu jeszcze ze 2000 metrów pionu!

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej