Zerwaliśmy się z legowisk zbrodniczo wcześnie. Prom z Loparu odpływał o 5:45, więc kiedy mój budzik zadzwonił o 4:40, w locie pakowałem manatki, a zaraz po mnie zbierał się Wojtek. Na przystań dotarliśmy na 20 minut przed odpłynięciem, spowici jeszcze gęstymi ciemnościami kończącej się nocy.

Sama noc nie należała do najłatwiejszych. Przez całe niebo przetaczał się potężny księżyc w pełni, świecąc nam prosto w oczy – zaszedł za horyzont właściwie dopiero wtedy, gdy my musieliśmy wstawać. A mimo to spało się nad wyraz przyjemnie. Znaleźliśmy idealny, cichy zaułek w małej zatoczce na samym końcu morskiej promenady w Loparze.
Gdy tylko weszliśmy na pokład promu, nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. Podczas gdy Wojtek ucinał sobie zasłużoną drzemkę, ja tradycyjnie ruszyłem buszować po promie z aparatem w ręku. Po 80 minutach spokojnego rejsu dobiliśmy do brzegów wyspy Krk w miejscowości Valbiska.

Wyspa powitała nas bez zbędnych wstępów – od razu dłuuugim i stromym podjazdem. Gdy tylko wdrapaliśmy się na górę, nasze żołądki zaczęły głośno domagać się swojego. Wyszliśmy w trasę bez śniadania, więc decyzja mogła być tylko jedna: zjeżdżamy do miejscowości Malinska na poszukiwanie jedzenia. Trafiliśmy do lokalnej knajpki serwującej jajka po benedyktyńsku. Ponieważ dla nas obu to absolutny śniadaniowy top, bez wahania wyłożyliśmy po 15 euro na konkretny posiłek.

Zregenerowani i w świetnych humorach ruszyliśmy dalej. Sielanka nie trwała jednak długo. Przejechaliśmy raptem ze 2-3 kilometry, gdy Wojtek zorientował się, że gdzieś po drodze zniknął jego szybkoschnący ręcznik – najpewniej został w restauracji. Usiadłem na murku w cieniu, a Wojtek zawrócił na poszukiwania. Niestety, po pół godzinie wrócił z pustymi rękami. Ręcznik przepadł – albo ktoś go sprzątnął, albo przepadł w odmętach restauracyjnego ogródka.

Klamka zapadła: musimy zmodyfikować trasę i wyjeżdżając z Rijeki, zahaczyć o Decathlon. Żeby było zabawniej, wkrótce potem na szutrowym odcinku wyspy Krk ja z kolei zgubiłem bidon. Dwukrotny mandat od losu – wizyta w markecie sportowym stała się bezdyskusyjnym punktem programu.
Wkrótce przed naszymi oczami wyrósł majestatyczny, mający ponad 1400 metrów długości most łączący Krk z lądem. Kręciło się potwornie ciężko. Mieliśmy wrażenie, że cała droga prowadzi pod górę (mimo że profil wcale na to nie wskazywał) albo że walczymy z mocnym wiatrem w twarz, chociaż liście na drzewach stały nieruchomo. Może to narastające zmęczenie obolałych ciał, a może po prostu duszna, lepka atmosfera dnia sprawiła, że każdy kilometr kosztował nas mnóstwo sił.

Za mostem zrobiliśmy krótki postój na oddech i ruszyliśmy nadbrzeżem w stronę Rijeki. Choć w linii prostej dystans wynosił może 4 kilometry, głęboka zatoka wymusiła na nas nadrobienie sporego łuku – łącznie wyszło z tego ponad 20 kilometrów solidnego kręcenia.
Marzyliśmy o tym, by w Rijece wskoczyć do morza i schłodzić rozgrzane ciała, ale linia brzegowa okazała się całkowicie zabetonowana. Zamiast kąpieli zafundowaliśmy sobie więc dawkę węglowodanów w lokalnej piekarni, bo poziom energii znowu niebezpiecznie pikował.
Wjechaliśmy w miasto i skierowaliśmy się w stronę upragnionego Decathlonu. Był to pierwszy z trzech naprawdę ostrych podjazdów, jakie czekały nas tego dnia – nachylenie stale trzymało w granicach 5-7%. Na parking przed sklepem dotarliśmy solidnie ugotowani i zmęczeni. Ukojenie przyniosło lodowate, klimatyzowane wnętrze oraz łazienka, w której od razu zmoczyliśmy koszulki. Szybkie zakupy – bidon dla mnie, ręcznik dla Wojtka – i byliśmy gotowi na dalszą walkę.
Zaraz za sklepem rozpoczął się drugi podjazd. Troszkę krótszy, ale pod kątem nachylenia równie bezwzględny. Po nim nastąpiła chwila wypłaszczenia i wreszcie, na wysokości około 530 m n.p.m., rozpoczęliśmy trzecią wspinaczkę.
I to był bez wątpienia najpiękniejszy odcinek całego dnia. Łącznik między drugim a trzecim podjazdem oraz sam finałowy podjazd jechało się kapitalnie. Dość przyjemny asfalt, całkowity brak samochodów, a wokół nas gęsty, górski las bukowy obramowany surowymi, skalnymi formacjami. Miejscami gąszcz drzew skrywał leśną zwierzynę, która przemykała gdzieś w cieniu. Po prostu bajka.
Gdy osiągnęliśmy szczyt, rozpoczął się nagrodowy, spektakularny zjazd. Do naszego celu – Triestu – zostało około 30 kilometrów i niemal cała ta droga prowadziła już tylko w dół.
Pierwszy odcinek był bardzo stromy. Rozwijaliśmy na nim naprawdę duże prędkości – Wojtek przemknął pierwszy, ja puściłem się za nim po kilku minutach. Zanim się obejrzeliśmy, przejechaliśmy granicę chorwacko-słoweńską. Słowenia powitała nas malowniczymi, niezwykle klimatycznymi wsiami ze starą zabudową. Chwilę później pokonaliśmy granicę słoweńsko-włoską, za którą czekał nas finałowy, bardzo stromy zjazd wprost do stóp Triestu.

W samym mieście podjechaliśmy jeszcze do supermarketu, aby kupić upominek dla naszych dzisiejszych hostów z platformy Warmshowers – Julii i Federico. Wybraliśmy dobre wino do obiadu, zwłaszcza że Julia dała nam wcześniej znać, iż szykuje dla nas domową, wegańską kolację.

Około 19:30–20:00 zapukaliśmy do ich drzwi. Zamieszkują parter klimatycznej, dwu- lub trzypiętrowej włoskiej kamienicy z urokliwym małym ogródkiem. Julia hoduje w nim bakłażany, papryki, soczyste pomidory, rozmaryn i całe mnóstwo aromatycznych ziół.
Rozmowom nie było końca, ale pierwszym punktem programu musiał być prysznic. Po całym dniu upału i pokonaniu prawie 2000 metrów przewyższenia byliśmy wykończeni. Wojtka dopadł potężny ból głowy, a ja czułem się tak obolały, jakbym składał się wyłącznie ze zmęczenia, potu i drogowego kurzu. Chłodna woda przyniosła niewiarygodną ulgę.

Zaraz potem Julia podała kolację: chrupiącą bruschettę z czosnkiem i genialnie przyprawionymi pomidorami, a po niej frittatę z cukinią. Przy winie rozmawialiśmy o infrastrukturze rowerowej i realiach jazdy we Włoszech, Hiszpanii czy Francji. Federico organizuje niezwykłe, polityczne rajdy rowerowe, walcząc o prawa cyklistów, zwłaszcza w przestrzeni miejskiej.

Czas płynął szybko na wspomnieniach z tras, ale około 22:00 nasi gospodarze zaprosili nas do spoczynku – rano musieli wcześnie wstać do pracy, co dla nas oznaczało budzik ustawiony przed 6:00.
To był niesamowicie wyczerpujący, ale piękny i niezwykle bogaty w doświadczenia dzień. Na sam koniec wrzuciliśmy jeszcze rzeczy do pralki – mam ogromną nadzieję, że wszystko wyschnie do rana i ruszamy dalej w drogę!
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj