dzień 9: Bled – Chiusaforte

2–3 minut

Poranek na kempingu w Bledzie nie wymagał od nas pośpiechu. Zbudziliśmy się leniwie około godziny 9:00, powoli przechodząc w tryb obozowej rutyny. Po nocy na namiotach osiadła gęsta rosa, więc zanim zwinęliśmy obozowisko, musieliśmy dać im trochę czasu na wyschnięcie na słońcu. Czas ten przeznaczyliśmy na niespieszne śniadanie, zjedzone bez zbędnego zgiełku.


Gdy sprzęt był już całkowicie suchy i spakowany do sakw, przed wyjazdem w dalszą drogę postanowiliśmy podjechać nad samo jezioro Bled. Około godziny 11:00 wskoczyliśmy do wody – była krystalicznie czysta, chłodna i niesamowicie orzeźwiająca.

Kąpiel w tak pocztówkowych okolicznościach przyrody i z niesamowitym widokiem wokół to przeżycie, które na długo zostaje w pamięci. Po wyjściu z wody zrobiliśmy jeszcze rundkę honorową wokół akwenu, przejechaliśmy przez miasteczko i oficjalnie ruszyliśmy w trasę.


Tuż za Bledem czekał na nas krótki, ale wyjątkowo stromy podjazd. Na szczęście chwilę później droga wyrównała się i zaczęła delikatnie pnąć się w górę, prowadząc nas malowniczą doliną. Po drodze zahaczyliśmy o urokliwe jeziorko, które wcześniej polecał nam Federico, a następnie skierowaliśmy się w stronę Kranjskiej Gory.


W trakcie jazdy zatrzymaliśmy się w niezwykle przyjaznej gospodzie na kawę. Zamówiliśmy wersję mrożoną i dostaliśmy coś, z czym jeszcze nigdy się nie spotkaliśmy: tradycyjną kawę sypaną, zalaną wrzątkiem, z dodatkiem zimnego mleka oraz kostek lodu. Mimo nietypowego wydania podziałała idealnie.


Po dwóch godzinach drogi zameldowaliśmy się w Kranjskiej Gorze. Żołądki mocno dawały o sobie znać, dlatego przy lokalnym stoku narciarskim znaleźliśmy restaurację i zamówiliśmy ćevapčići. Porcje okazały się gigantyczne – podane z ajvarem, świeżymi surówkami i innymi dodatjami. Solidny posiłek dał nam sporego kopa energii na resztę dnia.


Dalszy odcinek aż do granicy z Włochami znów delikatnie pnął się pod górę, ale nachylenie rzędu 1–2% nie stanowiło dla nas większego obciążenia. W ten sposób sprawnie dotarliśmy do granicy, a zaraz potem do miejscowości Tarvisio.


Zatrzymałem się na lokalnym rozstaju dróg – to dla mnie bardzo osobiste miejsce. Trzy lata temu, kiedy pokonywałem szlak Alpe Adria z drugiej strony, musiałem w tym dokładnie punkcie odpuścić wycieczkę w kierunku Słowenii z powodu potężnego bólu kolana. Nie byłem wtedy w stanie podnieść nogi ani pedałować. Dzisiaj domknąłem ten zaległy etap, wjeżdżając tu od strony słoweńskiej. Słowenia została oficjalnie zaliczona.


W Tarvisio, przy budynku starej stacji kolejowej, zrobiliśmy krótką przerwę na pamiątkowe zdjęcia, po czym wjechaliśmy na spektakularny zjazd kultowym szlakiem Alpe Adria. Ta trasa biegnie od Salzburga aż do Grado nad Adriatykiem, jednak to właśnie ten odcinek – od Tarvisio do Udine – jest uznawany za najbardziej widowiskowy.

Większość z niego pokonaliśmy właśnie dzisiaj. Krajobrazy mówią same za siebie – tutaj słowa są zbędne, lepiej oddadzą to zdjęcia.


Około godziny 18:30–19:00 dotarliśmy do celu dzisiejszego etapu: dawnej stacji kolejowej w Chiusaforte, przerobionej na klimatyczną restaurację. Planując trasę wiedziałem, że to idealne miejsce na nocleg. Gospodarze są niezwykle gościnni i udostępniają rowerzystom swój ogród tuż przy trasie Alpe Adria całkowicie za darmo. Co więcej, na noc pozostawiają otwarte toalety i prysznice, dzięki czemu mamy pełen komfort.


Po rozbiciu namiotów zamówiliśmy coś do picia i teraz po prostu chłoniemy klimat małego, włoskiego miasteczka, w którym prawdziwe życie rozpoczyna się dopiero wraz z nadejściem wieczoru.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej