Cudownie było obudzić się w miękkim, pachnącym łóżku po cichej nocy. Ale jeszcze wspanialsze od samego snu było to, czego nie musiałem robić o poranku: zero mozolnego składania namiotu, zero pakowania mokrego ekwipunku, a przede wszystkim – uczucie świeżości po założeniu czystych, pachnących ubrań.

Równo o 7:30 byłem już na nogach. Szybki prysznic, sprawna organizacja i o 8:30 opuściłem kwaterę. Zanim ruszyłem w długą trasę, zrobiłem jeszcze małą pożegnalną rundkę po pustych uliczkach Pitigliano. Miasteczko dopiero budziło się ze snu, a pierwsze promienie słońca z trudem przedzierały się przez wąskie, kamienne przesmyki między murami. Restauracje wciąż miały opuszczone rolety, na bruk wyległy tylko pojedyncze osoby, a ciszę przecinał miarowy krok dwójki porannych biegaczy.

Dotarłem na główny plac, gdzie w jednym otwartym barze tętniło już prawdziwe życie. Włoski rytm: lokalsi i turyści wymieszani w wesołym gwarze przy porannej kawie. Dołączyłem do nich, zamawiając gorące panini i gęste cappuccino. Usiadłem przy stoliku na zewnątrz, chłonąc tę niepowtarzalną atmosferę i powoli zbierając siły. Nie ukrywałem przed samym sobą, że zmęczenie powoli zaczynało przeważać. Psychicznie odpoczywałem łapczywie, ale ciało wysyłało jasne sygnały – mięśnie czworogłowe uda i łydki rwały przy każdym ruchu mimo sumiennego rozciągania. Jedynym pocieszeniem był fakt, że moje Achillesy, zazwyczaj lubiące grymasić, tym razem siedziały cicho.

Po śniadaniu wstąpiłem po pamiątkowy magnes, po czym na dobre wyjechałem z miasta. Zacząłem wspinać się serpentynami po gładkim asfalcie wzdłuż krawędzi kanionu. Po drodze minąłem niewielki kościółek Madonna delle Grazie.
To właśnie przy tym XIV-wiecznym sanktuarium znajduje się najsłynniejszy taras widokowy w okolicy – usytuowany na zakręcie szosy punkt oferuje absolutnie spektakularną, wręcz nierealną panoramę na potężną ścianę Pitigliano, sprawiającą wrażenie, jakby wyrastała bezpośrednio z pionowych, wulkanicznych skał tufowych.

Moim głównym celem na półmetku dnia była Saturnia, a dokładniej słynne wulkaniczne źródła termalne leżące nieopodal urokliwego, usytuowanego na wzgórzu miasteczka Montemerano. Profil trasy nie oszczędzał nóg – najpierw długi, szybki zjazd, a potem solidna, długa wspinaczka asfaltem. Dość sprawnie dotarłem jednak do rozstaju dróg prowadzącego w dół, bezpośrednio do naturalnego kąpieliska Cascate del Mulino.

Gdy zjeżdżałem ze wzgórza, mym oczom ukazał się ikoniczny widok turkusowych, tarasowych kaskad. Miejsce tętniło życiem – potężny szum spływającej wody mieszał się z gwarem dziesiątek ludzi zażywających kąpieli. Cascate del Mulino to absolutny fenomen przyrodniczy: woda o stałej temperaturze 37,5°C wypływa z podziemnych źródeł wulkanicznych z prędkością niemal 500 litrów na sekundę. Zanim dotrze do basenów, filtruje się przez warstwy skał pod ziemią przez około 40 lat, nasycając się siarką, wapniem i biogłeą (planktonem termalnym) o potężnych właściwościach regeneracyjnych i rozluźniających mięśnie.
Nie zrażając się tłumem, zjechałem na sam dół. Przypiąłem rower, przebrałem się w kąpielówki i bez wahania wskoczyłem do ciepłej wody. Usiadłem w samym środku nurtu, puszczając strumień spływającego wodospadu bezpośrednio na spięte plecy i łydki.

Naturalny, darmowy masaż wodny zadziałał jak wyzwolenie. Zaplanowałem solidne wymoczenie się i regenerację, spędzając tam ponad godzinę.
Około 12:00, po serii pamiątkowych zdjęć i pełnym relaksie, do głosu doszedł żołądek. Tuż przy kaskadach działa restauracja, więc przebrałem się w strój kolarski, spiąłem sprzęt i poszedłem na obiad. Talerz Tagliatelle al Ragù i mocna mrożona kawa postawiły mnie na nogi.
Niedługo potem rozpocząłem żmudny, monotonny podjazd w stronę Manciano. To urokliwe, średniowieczne miasteczko korzeniami sięga czasów etruskich i ze względu na swoje unikalne położenie na wysokim wzniesieniu nazywane jest „Jasną Latarnią Maremmy” (Spia della Maremma) – z jego murów obronnych roztacza się niesamowity, nieprzerwany widok od Gór Amiata aż po wyspy Archipelagu Toskańskiego.

Do Manciano wjechałem około 13:00. Odbiłem w stronę Starego Miasta i klucząc w gąszczu ciasnych uliczek, trafiłem na otwarty bar w samym centrum. Usiadłem w cieniu, zamówiłem zimne piwo zero oraz pokaźną porcję lodów – orzeźwiające sorbety mango i cytrynę z dodatkiem aksamitnego orzecha.

Popijając piwo, analizowałem mapę i zastanawiałem się, gdzie właściwie wyląduję na noc. Pierwotny plan zakładał dotarcie na Monte Argentario – dawną wyspę wulkaniczną, która na przestrzeni stuleci została połączona z lądem trójkątem piaszczystych mierzei (tomboli), tworząc unikalny półwysep o surowym, górzystym charakterze z urokliwymi portami Porto Ercole i Porto Santo Stefano. Wiedziałem jednak, że dojechanie tam o własnych siłach oznaczało mordercze finiszowe podjazdy. Co gorsza – wszystkie tamtejsze kempingi były już po sezonie zamknięte, a zostawałaby mi jedynie próba rozbicia się na dziko gdzieś na wietrznych klifach. Alternatywą był Capalbio Campeggio Rurale – obiekt leżący jeszcze przed półwyspem, będący jednym z oficjalnych punktów partnerskich legendarnego rajdu Tuscany Trail, na którego trasie w dużej mierze opierałem swój przejazd.

Gdy tak rozważałem za i przeciw, zza zakrętu dobiegł mnie głośny cykot rowerowych bębenków. Wokół baru zatrzymała się peletonowa grupa około 30 kolarzy na lekko zapakowanych szosach. Okazało się, że to grupa Duńczyków na klubowym wyjeździe. Jeden z nich podszedł do mnie, pytał po angielsku o sprzęt, a usłyszawszy, że jestem z Polski, przeszedł na całkiem sprawną, choć łamaną polszczyznę. Uśmiechnięty wyjaśnił, że jego żona jest Polką i choć na co dzień mieszkają w Kopenhadze, to ma ogromny sentyment do naszego kraju. Zamieniliśmy kilka ciepłych słów o samotnej podróży, kilometrażu i urokach Toskanii, po czym pożegnałem duńską ekipę i ruszyłem dalej.

Prawdziwy dramat zaczął się zaraz za Manciano. Trasa nagle zjechała na szutry – ponad 20 kilometrów terenowej drogi. Na początku nawierzchnia była znośna, falująca łagodnie w górę i w dół. Jechałem wyjątkowo ostrożnie, pamiętając o ryzyku rozcięcia opony na ostrych kamieniach. Nagle zorientowałem się, że wjechałem na teren ogromnej, prywatnej posiadłości ziemskiej. Zestresowany wizją nieproszonego gościa próbowałem jak najszybciej opuścić ten obszar, ale majątek wydawał się nie mieć końca. Za budynkami gospodarczymi nawigacja w Komoot totalnie oszalała i wywiodła mnie w ślepą uliczkę. Przez pół godziny błądziłem wzdłuż ogrodzenia, czując na sobie niepokojący wzrok ogromnego psa chodzącego po drugiej stronie.
W końcu zauważyłem nikłą ścieżkę w krzakach, która zgadzała się z ze śladem GPS. Okazała się jednak makabrą – drochą wyboistą, usłaną wielkimi kamieniami i biegnącą głębokim wąwozem. O jeździe nie było mowy. Zacząłem spychać obładowany rower po stromiźnie. Gdy wyczerpany dotarłem do skraju lasu, z nieba spadły pierwsze krople.
Zanim zdążyłem zareagować, niebo po prostu się otworzyło. Oberwanie chmury. W panice schowałem suche ubrania i elektronikę do wodoszczelnej torby podsiodłowej, a sam założyłem jedynie lekką wiatrówkę z kapturem – jedyne, co miałem pod ręką. Ściana deszczu była tak potężna, że nawet gęste korony drzew nie dawały żadnego schronienia. W kilka minut przemokłem do ostatniej nitki. Woda strumieniami spływała mi po nogach i wlewała się od góry prosto do butów rowerowych. I choć buty mają membranę Gore-Tex, okazała się ona bezużyteczna – zamiast chronić przed wodą z zewnątrz, zatrzymała tę, która wlała się po łydkach. W środku miałem dosłownie ruchome baseny.
Gdy ulewa nieco zelżała, uznałem, że bardziej mokry już być nie mogę. Ruszyłem przed siebie w jednostajnym mroku deszczu. Kawałek dalej droga nagle przestała istnieć – z powodu nawałnicy przeobraziła się w rwący, błotnisty strumień. Brnąc po kostki w mętnej wodzie i ciągnąc rower, jakoś przedostałem się na drugą stronę, gdzie zaczął się morderczy, kamienisty podjazd.
Dopiero wyżej ścieżka przeszła w znośniejszy szuter, a opad zaczął powoli odpuszczać. Na zakręcie dostrzegłem wielki hangar rolniczy ze słomą. Zjechałem pod dach, by odetchnąć. Na horyzoncie pojawiały się już pierwsze płaty niebieskiego nieba. Zrzucając z siebie ciężką od wody koszulkę, wyżąłem ją jak szmatę. Zdecydowałem, że dół pozostawiam mokry, ale na górę zakładam suchą koszulkę z torby, by wiatr nie załatwił mnie na reszcie trasy. Wtedy odkryłem kolejną porażkę – moje zapasowe buty, podpięte na zewnątrz pod torbą podsiodłą, były cna przemoczone. Woda spływająca po wodoszczelnym materiale torby ściekała prosto w nie. Zostałem bez ani jednej suchej pary na nogi.
Po ponownym ruszeniu w trasę sprzęt zadał mi ostateczny cios – zablokowała się tylna przerzutka. Zostałem na bardzo twardym przełożeniu, co oznaczało, że każdy, nawet najmniejszy pagórek, wymagał pchania roweru.
Wykończony, asfaltem dojechałem pod Capalbio.
Miasteczko Capalbio, położone na najbardziej wysuniętym na południe krańcu Toskanii, to niezwykle klimatyczna, otoczona podwójnym pierścieniem murów obronnych osada, często nazywana „Atenami Maremmy” ze względu na swoje bogate dziedzictwo kulturowe i historyczne. Była 17:00, a do kempingu miałem jeszcze 15 kilometrów. Zrezygnowałem więc z wjazdu do zabytkowego centrum i pojechałem prosto przed siebie.
Gdy tylko wyjechałem z obszaru miejskiego Capalbio, po lewej stronie nagle otworzyła się przestrzeń – mym oczom ukazała się błyszcząca w słońcu potężna tafla Morza Tyrreńskiego. W końcu dotarłem do wybrzeża.
Rzuciłem się na zjazd serpentynami do miejscowości Borgo Crotto, a stamtąd skręciłem w prawo na długą, 8-kilometrową prostą prowadzącą bezpośrednio do kempingu. Te ostatnie kilometry były prawdziwą drogą przez mękę – szedł łeb w łeb mocny, porywisty wiatr prosto w twarz.

Zmarznięty, mokry, zniecierpliwiony i wściekły, w głowie miałem tylko jedną myśl: oby tylko nie złapać po tym wszystkim jakiegoś choróbska.
Około 18:00 dotarłem na miejsce. Capalbio Campeggio Rurale to urokliwe, ekologiczne gospodarstwo położone rzut beretem od morza i od rezerwatu przyrody, idealnie wpisujące się w ideę zrównoważonej turystyki bikepackingowej. Miejsce było niemal puste – naliczyłem zaledwie dwa namioty. Zapłaciłem 21 euro za parcelę, a właściciel sprawnie wyjaśnił mi zasady. Niestety, kempingowa restauracja była zamknięta.

Gospodarz wytłumaczył z uśmiechem, że trwa właśnie intensywny okres zbiorów w ich prywatnej winnicy i żona po prostu nie miała siły ogarnąć jednocześnie pracy w polu i gotowania. Polecił mi jednak małą knajpkę Uno Zero Uno, oddaloną o jakieś 500 metrów.
Rozbiłem namiot, rozwiesiłem wszystkie mokre ubrania na sznurkach, licząc na ostatnie ciepłe promienie zachodzącego słońca, i poszedłem pod gorący prysznic. Gdy skończyłem, uśmiechnęło się do mnie małe szczęście w tym całym dzisiejszym pechu – życzliwi ludzie z sąsiedniego namiotu zaoferowali mi pomoc i pożyczyli suszarkę do włosów. Usiadłem więc przy namiocie i z cierpliwością zacząłem krok po kroku suszyć obydwie pary butów. Dopiero gdy były znośnie suche, ruszyłem do restauracji na zasłużoną kolację. Dzięki temu mam ogromną nadzieję, że jeszcze dziś na spacer do knajpy założę suche obuwie, a jutro rano wyruszę na trasę w komfortowych, suchych butach.
Ten dzień miał absolutnie dwa oblicza. Zaczął się wspaniale – leniwym porankiem, genialną kąpielą w termach Saturnii i niesamowitymi widokami. Druga połowa dała mi jednak potężnie w kość i przetestowała psychikę do granic. Mam tylko nadzieję, że jutro wstanę w lepszym humorze, gotowy, by wreszcie zmierzyć się ze stromiznami półwyspu Monte Argentario.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj