dzień 4: Siena – Podere il Casale (Pienza)

5–8 minut

Czyste i pachnące (choć jeszcze lekko wilgotne) ubranie po nocnym suszeniu w ogrodzie w Sienie to potężna dawka morale. Wstałem o 7:30, przerzuciłem pranie do pokoju, żeby doschło w cieple, i ruszyłem na puste jeszcze miasto.

Szybki spacer po jogurt i napój, powrót do pokoju, pakowanie i pożegnanie z gospodarzami. O 10:30, po obowiązkowym drugim śniadaniu z tradycyjnym croissantem i cappuccino w lokalnej pasticcerii, oficjalnie zamknąłem etap Sieny.
Wyjazd przez wyrazistą Bramę Rzymską wywarł na mnie ogromne wrażenie. Siena to miejsce niezwykłe, absolutnie urzekające i jestem pewien, że jeszcze tu wrócę.

Początkowo trasa wiodła przyjemnym asfaltowym zjazdem. Minąłem tam grupę rowerzystów, w tym bikepackera z Niemiec, z którym przez pewien czas wyprzedzaliśmy się nawzajem. U podnóża wzgórza nasze drogi się rozdzieliły – on odbił w lewo, a ja pognałem prosto szlakiem Via Francigena na południe.


W pewnym momencie szlak skręcił w odcinek typowo pielgrzymkowy. Szybko zorientowałem się, że to niezły, techniczny singletrack przebijający się przez pola – raz w dół, ale zdecydowanie częściej stromo pod górę. Przez chwilę myślałem nawet o szukaniu alternatywy na asfalcie, ale wąska ścieżka sprawnie przeszła w szeroki, gładki szuter. Oczywiście klasyczny, biały strade bianche.


Targetem na szybką kawę i coś słodkiego miało być małe Radi – miejscowość, którą mijałem już wczoraj. Kiedy jednak tam dotarłem, okazało się, że jedyny bar z kawiarnianej mapy Google po prostu nie istnieje. Radi sprawiało wrażenie zupełnie wymarłego – nie spotkałem tam dosłownie żywej duszy.


Z Radi zjechałem asfaltem, wiedząc jednak, że za chwilę czeka mnie poważniejsze wyzwanie: podjazd z okolic 130 m n.p.m. aż na 610 m n.p.m. Przed tym sprawdzianem zatrzymałem się w miejscowości Murlo.

To cudowne, typowo włoskie miasteczko, bez cienia komercji i turystów, z klimatem, który chłonie się wszystkimi zmysłami.
Zaliczyłem tu mój stały punkt dnia, czyli kawę mrożoną, a przy okazji wpadłem do apteki po sól fizjologiczną w ampułkach.

Ostatnie dni na szutrach dały mi mocno w kość – wszechobecny pył wdzierał się wszędzie, a w szczególności do nosa, więc płukanie stało się absolutną koniecznością na koniec dnia.
Za Murlo zaczęła się szutrowa sekcja w stronę Buonconvento. I tu dopadł mnie pech. Na gładkim odcinku poczułem się zbyt pewnie…

Przyspieszyłem i chwilę później usłyszałem syczenie. Dziura w przedniej oponie, powietrze zeszło w parę sekund. Z naprzeciwka nadjechali inni kolarze, pytając, czy potrzebuję pomocy, ale sprawa była opanowana. Wyciągnąłem zapasową dętkę i zmontowałem wszystko w rekordowym czasie – z pomocą naboju CO2 wymiana zajęła mi nie więcej niż 15 minut.


Stres jednak pozostał. Wymieniłem ostatnią całą dętkę (dwie poprzednie leżały przebite w torbie), więc wizja kolejnej „złapanej gumy” gdzieś w szczerym polu mocno studziła emocje.

Dalszy zjazd do Buonconvento i każdy kolejny kilometr pokonywałem bardzo asekuracyjnie. W mieście napiłem się czegoś chłodnego i od razu zacząłem szukać na mapie serwisu rowerowego.
Najbliższy warsztat znajdował się w kultowym Montalcino. Żeby tam dotrzeć, musiałem jednak pokonać kluczowy podjazd dnia – znowu w górę, ze 130 na 610 metrów n.p.m.

Na początku szło gładko asfaltem, mijałem przepięknie utrzymane, soczyste pola golfowe po obu stronach. Potem zaczęło się szutrowe piekło – gęste serpentyny na strade bianche i nieprzerwany sznur samochodów. Mijało mnie mnóstwo aut jadących w górę i w dół, a kierowcy kompletnie nie zwracali uwagi na to, jak potężny kurz wzbijają.

Tumany białego pyłu wdzierały się do gardła przy każdym głębszym oddechu na podjeździe. Przeklinałem ich mocno pod nosem, zwłaszcza że mijałem po drodze tabliczki wskazujące na miejsca związane ze św. Janem Bosko – uderzyła mnie ta ironia, że jadący tam ludzie nie mieli w sobie za grosz chrześcijańskiej empatii dla zmęczonego kolarza na szlaku.


Gdy w końcu zameldowałem się na szczycie (610 m n.p.m.), rozpoczął się krótki zjazd i dojazd do samego Montalcino. Była około 15:00. Miasto z zewnątrz wyglądało spektakularnie – potężna, VII-wieczna twierdza położona na wysokim wzgórzu, wyrastająca ponad rozległą dolinę, otoczona murami, z zabytkowymi, kamiennymi uliczkami w środku.


Od razu skierowałem się pod sklep rowerowy. Drzwi były zamknięte, ale na szczęście widniał na nich numer do właściciela. Zadzwoniłem, a ten obiecał, że będzie za 10 minut. Wykorzystałem ten czas na zachwyt nad okolicą – tuż obok znajdował się malowniczy kościółek z arkadami, ptaki śpiewały w koronach drzew, po prostu bajka. Po chwili pod drzwi podjechał też inny gravelowiec.

Gdy właściciel otworzył serwis, sprawnie kupiłem zapasowe dętki oraz nowy nabój CO2, po czym mechanik zajął się rowerem mojego towarzysza z trasy. Okazało się, że chłopak miał wyjątkowego pecha – dzisiejszego dnia aż trzy razy pękł mu łańcuch. Niestety serwisant nie miał na stanie łancucha do rzadkiej, 12-rzędowej kasety, więc Niemiec musiał zaryzykować dalszą drogę na mocno nadwyrężonym łańcuchu.


Wróciłem do centrum, by wreszcie coś zjeść. Znalazłem genialny lokal serwujący sery, focaccię i lokalne wino. Co ciekawe, w tej samej knajpce spotkałem znowu owego kolarza z partnerką. Przesiadując przy jedzeniu, zamieniliśmy parę słów – przez mocno awaryjny łańcuch postanowili odpuścić szutry i ewakuować się w stronę Pienzy bezpiecznym asfaltem.

Ja nie zamierzałem rezygnować z przygody. Wybrałem trasę grzbietami doliny Val d’Orcia. Zjazd z Montalcino po gładkim asfalcie, pełen szerokich serpentyn, był po prostu genialny – czysta prędkość i wiatr we włosach.

Po 10 kilometrach, za rozwidleniem dróg, zjechałem na drogę gruntową. Wjechałem na szczyt Poggio Gambocci (ok. 330 m n.p.m.) i wtedy ukazał się widok, dla którego warto było znieść każdy trudy tej wyprawy.


Odcinek kultowej trasy L’Eroica prowadzący przez Val d’Orcia to po prostu arcydzieło natury i kultury. Zatrzymywałem się co kilkadziesiąt metrów, obracając się w prawo i w lewo. To był bezapelacyjnie najpiękniejszy krajobraz, jaki widziałem na całym tym wyjeździe – pobił nawet Sienę czy drogi strade bianche z poprzednich dni. Momentami z zachwytu aż kręciła się łza w oku

.
Gdy dojechałem do Torrenieri, była 16:30. Do celu zostało 25 km, a słońce zaczynało powoli schodzić ku horyzontowi. Żeby zdążyć przed zmrokiem, zmodyfikowałem lekko plany i resztę dystansu postanowiłem pokonać szybkim asfaltem.


O 17:00 zameldowałem się w San Quirico d’Orcia – kolejnym urokliwym, nietkniętym komercyjną turystyką miasteczku. Szybka mrożona kawa i gnałem dalej w stronę Pienzy. Po drodze minąłem słynną Kapliczkę Madonny di Vitaleta – przy drodze stał tłum fotografów polujących na kadry z kultową aleją cyprysową. Widok spektakularny, ale gonił mnie czas.


Do Pienzy wjechałem chwilę po 18:00. Wpadłem na moment na Stare Miasto po parę pamiątkowych zdjęć, strzeliłem szybkiego Aperol Spritza w barze przy bramie i tuż przed zachodem słońca ruszyłem na ostateczne miejsce noclegu – usytuowaną kawałek za miastem winnicę Podere Il Casale.


Historia z tym noclegiem to osobny wątek. Jeszcze wczoraj nie miałem pojęcia, gdzie się zatrzymam – kempingów w okolicy brakuje, a ceny hotele/agroturystyk w Pienzy zwalają z nóg. Zapytałem o radę sztuczną inteligencję, która wypluła mi właśnie Podere Il Casale. Napisałem wiadomość i koło południa otrzymałem potwierdzenie.


Winnica okazała się strzałem w dziesiątkę. To piękne gospodarstwo agroturystyczne na wzgórzu, zamieszkane przez owce, osiołki, kury, gęsi i spacerujące dumne pawie. Oferują zaledwie kilka miejsc pod namioty z kosmicznym widokiem na Pienzę. Dotarłem tam idealnie o zmroku, o 18:50.


Zapłaciłem 16 euro za kemping (+ 2 euro opłaty klimatycznej), rozbiłem namiot, wziąłem szybki prysznic i poszedłem do restauracji. Wypijając na tarasie lampkę różowego wina, poczułem potężny głód. Zdecydowałem się na kolację w ich restauracji – zamówiłem wybitny makaron z lokalną kiełbasą i sosami oraz deser lodowy.

Była to zdecydowanie najdroższa kolacja całej wyprawy (zapłaciłem 48 euro), ale po trudach ostatnich dni i zaoszczędzeniu na wcześniejszych noclegach – ten luksus absolutnie mi się nalażał.
Jutro znów czas na małą modyfikację trasy. Chcę wrócić na chwilę w stronę Pienzy, by przejechać słynną „drogę Gladiatora” – choć jest mi to kompletnie nie po drodze, to po prostu muszę to zobaczyć na własne oczy.

Stamtąd skieruję się w stronę Montepulciano. Łącznie do przejechania będzie około 115 km. Zdecydowałem jednak, że większość pokonam asfaltami – mam już trochę dość szutrowego pyłu wdzierającego się w płuca i oczy. Szutrową Toskanię poznałem od podszewki, czas na sprawny przelot. Cel na jutro? Jezioro Bolsena i zasłużony odpoczynek nad wodą przed zmrokiem.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej