Słońce dopiero wschodziło nad Pizą, gdy mój budzik rozdzwonił się o 8:00. Plan był prosty: spakować się i ruszyć o 9:00, ale jak to na wyprawach bywa, poranek rządził się własnym tempem. Alessandro przygotował dla mnie herbatę i poczęstował rogalikiem, którego kupił specjalnie dzień wcześniej. Szybkie śniadanie, sprawny pakunek i tuż przed 10:00 byliśmy gotowi do drogi.

Zanim jednak opuściliśmy miasto, musieliśmy odhaczyć punkt obowiązkowy.
Oficjalny start nie mógł odbyć się bez klasycznego zdjęcia pod Krzywą Wieżą. Alessandro poprowadził mnie pod samą wieżę, gdzie tłum nie zdążył się jeszcze na dobre zagęścić. Obserwowanie ludzi przyjmujących te osobliwe pozy, by za wszelką cenę podeprzeć walący się zabytek, jak zwykle bawi tak samo. Oczywiście sam nie oparłem się pokusie i zrobiłem dokładnie taką samą fotkę.

Objechaliśmy dookoła sąsiadujący z wieżą kościół, po czym ruszyliśmy w stronę centrum. Zanim zacznę właściwą trasę, potrzebowałem konkretnego, drugiego śniadania – na liczniku miało dziś stuknąć aż 116 kilometrów. Alessandro zaprowadził mnie do klimatycznej pasticcerii prowadzonej przez nobliwą madame. Starsza pani ledwo trzymała się na nogach, ale z niesamowitą wprawą podawała ciastka, parzyła kawę i przyjmowała płatności. Zjadłem solidną porcję słodkości, popiłem to gorącym cappuccino i dopiero wtedy poczułem, że mam paliwo na jazdę.

Gdy przejeżdżaliśmy przez kolejne zaułki, zdziwiło mnie, jak żywe i pełne młodych ludzi jest to miasto – zarówno za dnia, jak i poprzedniego wieczoru. Alessandro wyjaśnił mi, że Piza to przede wszystkim tętniący życiem ośrodek uniwersytecki. Zobaczyliśmy jeszcze plac przed głównym gmachem uczelni, który zresztą bardziej przypominał bogato zdobiony pałac Medyceuszy niż zwykły budynek akademicki.
Nie traciłem jednak zbyt wiele czasu na zwiedzanie – do Pizy jeszcze wrócę na sam koniec wyprawy, gdzie mam zaplanowany jeden dzień zapasu. O 10:30 pożegnaliśmy miejskie uliczki i wyjechaliśmy na trasę.
Pierwsze kilometry nie rozpieszczały. Długa, prosta droga wylotowa z Pizy była po prostu nudna, a dodatkowo spory ruch samochodowy skutecznie odbierał przyjemność z jazdy. Vibe zmienił się całkowicie po około dwudziestu kilometrach. Odbiliśmy w boczną drogę, a chwilę później w jeszcze mniejszą asfaltową nitkę. Ruch aut zamarł niemal do zera.

Wtedy otworzyły się przed nami genialne widoki na toskańskie wzgórza. Aż chciało się docisnąć na pedały! Choć wiedziałem, czego się spodziewać, rzeczywistość i tak lekko mnie zaskoczyła – droga natychmiast zamieniła się w niekończącą się sinusoidę. Góra, dół, góra, dół. Licznik Alessandro pokazywał momentami nachylenie sięgające 17%, ale na szczęście były to krótkie, dynamiczne ścianki. Po mocnym podjeździe następywał szybki zjazd, na którym można było złapać oddech przed kolejnym zrywem.
Po przejechaniu ponad 40 kilometrów dopadł nas solidny spadek energii. Byliśmy już mocno zmęczeni, więc wjeżdżając do miejscowości Santa Luce, postanowiliśmy poszukać jakiegoś baru. Z racji niedzieli była to wielka niewiadoma, ale szczęście nam dopisało.

Znaleźliśmy mały, rodzinny lokal. Za barem stał kilkunastoletni syn, w kuchni rządziła mama, a zamówienia przyjmował ojciec. Alessandro uprosił go o zrobienie czegoś na ząb – dostaliśmy pyszne kanapki z salami i serem. Ja poprosiłem jeszcze o mrożoną kawę na wzór mojego chorwackiego frappe. Żeby chłopak wiedział, o co chodzi, musiałem mu krok po kroku wytłumaczyć, jak ma ją przygotować, bo we Włoszech taki sposób podawania kawy nie jest standardem.
Przy barze nadszedł czas na rozstanie. Alessandro był 40 km od domu i musiał wracać tą samą drogą, by obejrzeć wyścig kolarski w Kanadzie i zregenerować się przed poniedziałkową trasą z kumplami. Życzyliśmy sobie powodzenia i zgadaliśmy się na kontakt pod koniec mojej wyprawy – nie dość, że muszę odebrać od niego karton, to jeszcze zaoferował pomoc w znalezieniu noclegu w Pizie przed moim powrotem do Polski (sam nie może mnie przenocować bo wraca jego współlokator).

Zostałem sam na placu boju. Przede mną wyrastał długi podjazd w wyższe partie toskańskich wzniesień. Ruszyłem spokojnym, defensywnym tempem, żeby nie zajechać nóg na samym początku. Droga pięła się serpentynami o nachyleniu około 7-8%, a widoki oszałamiały. W pewnym momencie za plecami wyłoniła się linia morza, a na horyzoncie majaczyły górzyste kontury Korsyki.
Trasa wiła się w nieskończoność – skręt o 90 stopni na wschód, potem znowu na północ, aż w końcu dotarłem na szczyt w okolicach Monte Vitalba (skończyłem na wysokości 510 m n.p.m.). Muszę przyznać uczciwie, że ten podjazd mocno dał mi w kość. Dwa tygodnie przerwy od kręcenia zrobiły swoje i trudno było mi złapać równy, spokojny oddech. Zatrzymywałem się dosyć często, łapałem powietrze w płuca i po krótkiej pauzie jechałem dalej.
Po osiągnięciu szczytu przyszedł czas na nagrodę – długi, przyjemny zjazd w kierunku Lajatico. Tuż przed miasteczkiem zjechałem na odcinek szutrowy, więc na miejsce dotarłem mocno zakurzony.

Miasteczko wyglądało jak żywy obrazek – średniowieczna osada otoczona pofalowanymi, toskańskimi wzgórzami. Odczuwałem już mocne pragnienie, więc wjechałem do samego centrum. Jedyny bar wypełniony był wyłącznie lokalnymi mieszkańcami. Zamówiłem tonik i espresso, po czym – wywołując konsternację i lekkie rozbawienie barmanki – sam wymieszałem je w szklance, robiąc własne espresso tonic.
Usiadłem na rynku i po prostu chłonąłem ten klimat. Dookoła starsi panowie czytali gazety i dyskutowali, a barmanka z koleżanką złapały niesamowity luz – włączyły muzykę i zaczęły tańczyć, wybiegając z baru na zewnątrz. Najpierw przy włoskich przebojach, a po chwili… przy „Wiośnie” Vivaldiego, uśmiechając się do każdego przechodnia. Włoskie dolce far niente w najpiękniejszym wydaniu.

Pół godziny minęło błyskawicznie, a przede mną wciąż było niemal 70 kilometrów i kolejny duży podjazd. Ruszyłem w trasę, zatrzymując się po drodze w jakimś hotelu tylko po to, by dopełnić bidony wodą.
Morfologia terenu znów dała o sobie znać między 80. a 90. kilometrem. Pnąc się po nieco łagodniejszych serpentynach, osiągnąłem szczyt po równych 100 kilometrach od wyjazdu z Pizy. Zjazd z przełęczy był niesamowicie szybki i stromy, prowadząc prosto do San Gimignano.

Gdy zbliżałem się do miasta, na horyzoncie wyłoniła się jego charakterystyczna sylwetka. Średniowieczne wieże wyglądają spektakularnie – przypominają nieco wieżowce w skali mikro albo znane wieże z Bolonii, ale jest ich tu całe nagromadzenie. Z jednej strony robi to oszałamiające wrażenie, z drugiej – ma w sobie coś niepokojącego, kojarzącego się z kominami krematoriów. Widok jedyny w swoim rodzaju.
W San Gimignano dopadł mnie kolejny kryzys energetyczny. Podjechałem pod sklep, kupiłem batony, wypiłem Lemon Sodę i musiałem podjąć szybką decyzję. Do zachodu słońca zostało półtorej godziny, a jazda po ciemku nie wchodziła w grę. Zostało mi 17 km do celu, ale w planach miałem jeszcze zjazd do Colle di Val d’Elsa na zakupy. Gdy sprawdziłem mapę i zobaczyłem, że dojazd do sklepu wiąże się z dodatkowym, 100-metrowym podjazdem, odpuściłem.

Zatrzymałem się w barze na rozwidleniu dróg. Zamówiłem panini i mrożoną herbatę brzoskwiniową. Zjadłem połowę kanapki na miejscu, drugą wcisnąłem do tylnej kieszonki kolarskiej i w zapadającym zmierzchu ruszyłem w stronę mojego dzisiejszego schronienia.

Dotarłem do celu – na nietypowy kemping w pobliżu miejscowości Quartaja. Działa on na zasadzie pro amore – brak tu obsługi, bramy są otwarte całą dobę, a za nocleg płaci się „co łaska”, wrzucając monety do puszki.

Na miejscu zastałem cztery rozbite namioty, ale… nie było w nich żywej duszy. Wyglądało na to, że jestem na tym odludziu zupełnie sam. W pewnym momencie, w tej głuchej ciszy, wyobraźnia zaczęła płatać mi figle i złapałem niezłą schizę. Zastanawiałem się, czy w tych pustych namiotach przypadkiem nie leżą jakieś trupy… Bałem się jednak podjeść bliżej i uchylić suwak, żeby to sprawdzić. Ostatecznie uznałem, że wolę żyć w niewiedzy – to albo stałe namioty rozstawione przez właścicieli, albo czyjaś zguba, ale wolę nie wtykać tam nosa.
Cała kempingowa infrastruktura jest mocno prowizoryczna, ale niesamowicie bogato wyposażona. W ogólnodostępnej kuchni znajduje się kuchenka gazowa, kawa, herbata, cukier, Nutella, a na stole w plastikowych pojemnikach czekają świeże ciasta, rolady, chipsy i suchary. W skrzynce obok znalazłem nawet kilka butelek wody mineralnej, więc decyzja o odpuszczeniu zakupów w Colle di Val d’Elsa okazała się strzałem w dziesiątkę!

Szybko rozbiłem namiot (bez tropiku, bo noc ma być bezchmurna, choć chłodna – około 13 stopni) i poszedłem pod prysznic. Konstrukcja z europalety, prowizoryczna zasłonka i zbiornik na wodę nagrzewany wyłącznie słońcem. Po całym dniu w 28-stopniowym upale woda była idealnie ciepła. Po 116 kilometrach w pyle i soli z potu, taki orzeźwiający prysznic był prawdziwym zbawieniem.

Teraz siedzę w małej kempingowej kuchni z kubkiem gorącej herbaty, przeglądam dzisiejsze zdjęcia i zgrywam materiał z drona. Dzień był długi, wyczerpujący, ale niesamowicie satysfakcjonujący.
Jutro czeka mnie krótszy etap – około 80 kilometrów. Wjeżdżam na pierwszy odcinek Strade Bianche, czyli na szlak, który był głównym powodem mojej obecności w Toskanii. Zrobię pętlę wokół Sieny, by po trzech dniach wreszcie przyjrzeć się jej z bliska. Ekscytacja sięga sufitu. Czas kłaść się spać!
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj